Tadeusz Gąsienica-Giewont urodził się w Zakopanem 29 maja 1915 r., zmarł zaś 2 kwietnia 1999 r. Był znanym i cenionym przewodnikiem i ratownikiem tatrzańskim, a także muzykiem i aktorem zespołów ludowych.
Tuż przed wojną – jak większość górali – pracował przy budowie szlaków tatrzańskich. Od 1937 r. brał udział w wyprawach ratowniczych i poszukiwawczych TOPR, na początku jako ochotnik, potem już jako zawodowy ratownik. Kilkakrotnie grał w filmach – Czarci żleb, Błękitny krzyż, Ród Gąsieniców.
Jego grób znajduje się na cmentarzu na Pęksowym Brzyzku (zwanym przez górali „Starym”) – pierwszym i przez długie lata jedynym cmentarzu zakopiańskim.
Skąd nazwa? Jak w większości przypadków w Zakopanem i Tatrach – od właściciela parceli. Józef Pęksa w 1848 r. podarował ziemię jako teren przeznaczony na cmentarz. Do tego czasu Zakopianie i mieszkańcy wsi podhalańskich byli chowani na cmentarzu w Chochołowie.
„Nowy” cmentarz zbudowano w Zakopanem w 1908 r. Od tamtej pory na Pęksowym Brzyzku chowano tylko zacne i poważane rody góralskie, które miały już zarezerwowane dla siebie miejsca, a także wybitne postaci światka zakopiańskiego.

Grób Giewonta na cmentarzu w Zakopanem
Na Starym Cmentarzyku znajduje się 250 grobów górali oraz tych, którzy sobie góralszczyznę ukochali. Leży tu ks. Józef Stolarczyk, Tytus Chałubiński, Sabała, Stanisław Witkiewicz (ojciec), Kazimierz Przerwa – Tetmajer, przewodnicy Maciej Sieczka i Jędrzej Wala starszy, Władysław Orkan, Pawlikowscy, przewodnik Jędrzej Marusarz, a także Kornel Makuszyński i Antoni Kenar.
Jak dojść do cmentarza na Pęksowym Brzyzku?
Stań na dole Krupówek, przy ul. Kościeliskiej – tak, aby po swej prawej stronie mieć Drogę na Gubałówkę, zaś po lewej Krupówki.
Idąc prosto wzdłuż ulicy Kościeliskiej, miniesz po lewej stronie słynną karczmę regionalną „Redykołka”, po prawej zaś przystanek busów oraz PKS, a dalej ciąg sklepów w drewnianej willi z 2 poł. XIX w.
Ulica Kościeliska tworzy tutaj łuk, za którym dostrzeżesz po prawej stronie brązowy (bo odnowiony), pierwszy kościółek parafialny w Zakopanem – kościół Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Klemensa.
Drewniane ogrodzenie z bali, wzdłuż którego idziesz, okala teren kościółka oraz brzyzka, na którym położony jest cmentarz. Nad bramką wejściową na teren kościoła widnieje tabliczka, na której polecono uwadze turystów groby Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny.
Dlaczego spośród wszystkich wielkich i zasłużonych, spoczywających na Pęksowym Brzyzku wybrano tylko te dwa nazwiska, pozostaje do dziś dla mnie nieodgadnione.
Wchodząc na Stary Cmentarzyk, nie traktuj go jak obowiązkowy element programu zwiedzania Zakopanego. To jedyny znany mi cmentarz, który nie jest smutny, kamienno-marmurowy ani zapomniany. Jest żywy i bardzo góralski. I właśnie dlatego możliwe, że gaździna, u której mieszkasz, jest wnuczką tego, przed którego grobem właśnie się zatrzymasz?
Czarna Pani
Dla górali śmierć jest oczywistym następstwem życia. Jest na każdym kroku, wszechobecna i oczywista. Jest ludzka. Występuje na weselach pod postacią Czarnej Pani.
Bywa dramatycznym krzykiem, kiedy nieszczęśnik spada w ostrą skalną przepaść. Mroźną, białą, zdrętwiałą ciszą. Dumnym honorem, kiedy przychodziło przegrać z Luptakiem w boju o ustrzeloną zwierzynę.
Śmierć przynosi ulgę w czasie choroby, biedy i starości. Jest wyjściem ostatnim, kiedy już nie ma wyjścia. Śmierci nie trzeba się bać. Śmierć się szanuje. Dawniej starsi czekali na śmierć w przekonaniu, iż nie mogąc pomóc przy gazdówce, pozostają darmozjadami. A to nie licowało z wyniosłą dumą skalnego ludu.
Górale, pełni mistycyzmu, wiary i wrażliwości, niejednokrotnie widują Ją to tu, to tam. Nigdy nie boją się duchów, oddając im cześć, szacunek i należny im spokój.
Sabała zwykł mawiać: „Kie horość przyisła, to ono ta trza jom wygnać, boć i śmierzć będzie kajsi nie prec. Będzie koło wędłów zajeżdżać. Ony som jest siostry, a śmierć to straśnie wartka baba, haj!”.
A potem sobie jeszcze nieraz dośpiewał:
„Byli chłopcy, byli, ale sie mineni.
I my sie miniemy po malućkiej kwili.”
Kościółek Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Klemensa zwany potocznie „Starym” to legenda sama w sobie. Rozbudowany przez księdza Stolarczyka – potężnego „Jegomościa”, pierwszego duszpasterza Zakopanego, spowodował, że właśnie tu – przy skrzyżowaniu ulicy Kościeliskiej z Krupówkami oraz nieco wyżej, gdzie początek swój bierze ul. Kasprusie, znajdowało się centrum XIX-wiecznego Zakopanego.
To tu przesiadywali przewodnicy, czekając na gości chętnych do zapuszczenia się w góry, to tu baby plotkowały w najlepsze, przekazując sobie najświeższe wieści z Zakopanego i okolic. To tu wreszcie przechadzał się w słomkowym kapeluszu i czarnym płaszczu potężny Ksiądz Jegomość, aby poznać lepiej swe zagubione owieczki, które pokochał, których życiem żył i opiekował się ponad 45 lat.
Ksiądz Jegomość
Ksiądz Jegomość Józef Stolarczyk przyjechał do Zakopanego w 1848 r. Sam pochodzenia chłopskiego i słusznej postury, dobrze wiedział, jak zdobyć serca i umysły hardych, honornych górali. Był krzepkim, silnym i mocno zbudowanym mężczyzną. Nie bał się ciężkiej fizycznej pracy, ale – co ważniejsze – nie bał się gór.
Bardzo szybko zaczął zdobywać najtrudniejsze ówcześnie szczyty (a tym samym szacunek górali), zawsze zabierając ze sobą gwarny i kolorowy orszak przewodników i tragarzy. Najczęściej chodził z Jędrzejem Walą, Szymonem Tatarem i Wojciechem Rojem.

Giewont niektórym przypomina śpiącego rycerza
Najczęściej górska wędrówka była umawiana kilka dni wcześniej. W wiadomym miejscu spotykali się Gość, przewodnik, tragarze, którzy nieśli dodatkowe ubrania, derki do przykrycia na noc, wodę i jedzenie, a nawet – jeśli wyprawa wchodziła w wyższe partie gór – drewno na opał, „muzyka” – kapela góralska, najczęściej składająca się z 4 muzykantów. No i Jaś Krzeptowski, ceprom znany jako Sabała.
Sabała
Do Sabały Ksiądz Jegomość nie był do końca przekonany. Zwykł mawiać o nim: „Sabała, to wielkie dzieło Boże. Szkoda tylko, że niedokończone.”
Sabała dłużnym nigdy nie zostawał: „E, psiakrew, jegomość! Wyros tez s Wos chłop. Ej, ha! Je kaz tez ta teli wyros. No s Wami to byk sie namyślał, ale byk sie dziś we dwok do Luptowa ponios” (mając na myśli dopieczenie sąsiadom z południowych stoków Tatr).
Jednak, kiedy „odkrywca Zakopanego” przyjeżdżał pod Tatry, to właśnie Sabała nieodłącznie i wiernie towarzyszył wszystkim górskim eskapadom doktora i księdza Stolarczyka.
„W Pana Boga wierz, ale Mu nie wierz”
Ksiądz Jegomość był księdzem grzmiącym. Jego kazania były wyjątkowe: proste, zrozumiałe i nader logiczne. Wygłaszane gwarą trafiały prosto do chłopskich rozumów. Potrafił z małej drewnianej ambony Starego kościółka wygrażać pięścią i wskazywać z nazwiska tych, na których ciążyły w danym tygodniu grzechy najcięższe.
I o ile baby drżały i łypały na swych mężów złowieszczo spod chusty (taki wstyd przed wszystkimi), o tyle chłopy niewiele sobie z tego robiły. Po mszy odpalali od świecy na ołtarzu fajki, czego proboszcz nie mógł przeboleć i gwarzyli z Księdzem Jegomościem o warunkach, jakie panują w górach, gdzie ostatnio widziano niedźwiedzia oraz kto komu więcej wołów podkradł: nasi Luptakom czy też na odwrót?
Stosunek górali do Kościoła był dwojaki. Z jednej strony, zwłaszcza w czasach biedy i zarazy (najstraszniejsza była epidemia cholery, która zdziesiątkowała ludność Zakopanego w 1873 r.) baby lamentowały i całowały Księdza Jegomościa po rękach, aby ten wybłagał u wysokiego i nieprzystępnego „Pańskiego” Boga przychylność dla ubogich górali.
Z innej, dziewki pasące owce i krowy na halach nierzadko zapominały, co im nakazywały matki i ojcowie i dzieliły się jędrnymi, pięknymi ciałami z bacami i hyrnymi juhasami.
A co starsi i bardziej konserwatywni górale z pokolenia Sabały, woleli omijać kościół z daleka, tłumacząc, że „nie trza sie telo Panu Bogu naprzykrzać”, i że „racej byś do lasu seł paciorek se zmówić, niż teli cas w kościele siedzieć”. Sabała zaś w ogóle inny miał na sprawę pogląd: „W Pana Boga wierz, ale Mu nie wierz”.
I tak to górale chodzili do kościoła ze strachu i z szacunku do Księdza Jegomościa Stolarczyka, a trochę obstawali przy swoich wierzeniach i praktykach, przyjmując na swój rozum wszelkie prawdy wiary.
Pokuta
Kiedy Ksiądz Jegomość postanowił wybudować kościół parafialny z prawdziwego zdarzenia, kamienny i przestronny, pojawił się problem, skąd biedna parafia ma wziąć pieniądze na potrzebny budulec – kamienie i drewno?
Ksiądz Jegomość był nie w ciemię bity. I tu znalazł radę: zaczął zadawać jako pokutę wóz kamieni albo drewna. Nagle, dziwnym zrządzeniem losu, pod osłoną nocy, z dala od wścibskich i ciekawskich oczu sąsiadów zaczęło przybywać kamieni i płazów na parafialnym dziedzińcu…
Tym sposobem szybko zebrał się surowiec potrzebny do zbudowania na dole Krupówek kościoła p.w. Najświętszej Rodziny, który do dziś pyszni się mianem zakopiańskiej parafii.
Tekst i zdjęcia: Agata Kuźnicka






