O mytych chałupach w Chochołowie słyszałam od zawsze. Podziwiałam je, ilekroć tamtędy przejeżdżałam. Nigdy jednak nie wiedziałam dokładnie, na czym, tak naprawdę, polega mycie chałup. Palenkę na ślub już robiłam, bitników rozdzielałam, po wiciu różdżek sprzątałam…Ale o myciu chałup nie wiedziałam jednak zupełnie nic.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Jadwiga: -Posiedzisz mi dziś z dziecyskami? Muse jechać po haki do Eli, bo wies – za tydzień myjemy chałupę.HA! Od razu wiedziałam, że przede mną pyszne i rzadkie widowisko!
Na mycie chałupy szykowaliśmy się tydzień. Zastanawialiśmy się, czy pogoda dopisze, jeździliśmy po specjalne haki i trójkąty do mocowań. Przygotowywaliśmy deski, które miały służyć za rusztowanie. Ustawialiśmy sobie obowiązki tak, aby ten dzień był wolny od dodatkowych zajęć.
Najważniejsze – baby – były już zamówione. Baby. Bo nie mówiło się o nich: kobiety do szorowania chałupy. Nie mówiło się: panie. Żadne babki ani kobity. Mówiło się o nich: baby. I to były baby!
Kazały sobie przygotować 6 wiader, stały dostęp do bieżącej wody z „węża”, 6 kilogramów zwykłego proszku do prania. Zapowiedziały się na środę, wczesnym rankiem.
We środę od rana w domu na Gładkim było zamieszanie. Właściwie… to nic nowego – zamieszanie jest tam zawsze. Dziś było jednak wyjątkowo: dziewczynki pojechały do szkoły z tatą a nie, jak zawsze, z mamą, która już się ugadywała z babami. Mały Klimek, zamiast jak zwykle rano grać w Mario, zaraz po śniadaniu wybiegł w baciockach na pole.
Baby już były: krzepkie, silne i postawne. Piękne, ciemne włosy poupinały w grube koki. Silne ramiona i spracowane ręce potwierdzały, że mycie chałup to ciężka fizyczna praca. Z drugiej strony – otwartość, serdeczność i uśmiechnięte twarze kobiet podszeptywały, że jest to też zwykła, ludzka, fajna robota.
Pogoda była sprzyjająca. Słońce przebijało się przez chmury, a kiedy w Zakopanem słońce przebija się rano przez chmury, zazwyczaj oznacza to piękny dzień. Nadchodziła godzina dziewiąta. Robotę czas zacząć.
Najpierw Staszek – tata Klimka – wbił haki, na których za chwilę zawisły metalowe trójkąty – podtrzymanie dla desek. Tak powstały „rusztowania” – miejsce pracy pani Marysi, jej siostry i koleżanki, które w międzyczasie przygotowały sobie szczotki oraz wiadra z wodą.Podciągnęły szlauch tak, aby było im wygodnie, przebrały się w robocze dresy i – po porannej, kurtuazyjnej kawie – zabrały się do pracy.
Szorowanie chałupy to wyjątkowo upierdliwa praca. Ciągłe moczenie się w brudnej wodzie, poruszanie się po chybotliwej i niebezpiecznej kładce, schodzenie i wchodzenie na rusztowanie z wciąż zmienianą wodą. Siedzenie w kucki, omdlewające ręce i kark, woda za rękawem…I cały czas szorowanie.
Ile siły i krzepy trzeba włożyć w samo szorowanie drewna nie wie nikt, kto choćby raz nie próbował domyć ryżową szczotą drewnianego blatu, parapetu czy krzesła. Zaś chałupy góralskie – pełne załomów, delikatnej ornamentyki, omszone wełnianką i wystawione na wieczne działanie słońca, deszczu czy śniegu – wymagają prawdziwej znajomości rzeczy.
Robota wre: woda się leje, świeżo zdarta warstwa nadgniłego drewna pryska spod szczotek we wszystkie strony. Chłopy – psiekrwie – plączą się, nie nadążając z budowaniem kolejnych kładek, dziecyska jojcom, że też by chciały siurować, więc każde dostało po szczotce i drewnianym stołku do mycia (niekze tam!).
Cudowne wiosenne słonko przygrzewa rozkosznie, momentami tylko znikając za chmurami. Wokoło chałupy szumi wcinający się ciemnozieloną wstęgą w gubałowskie łąki las. Ożywione wiosennym ruchem ptaki przekrzykują się w oznajmianiu sobie tylko wiadomych spraw. Z roku na rok marniejący potok gwarzy w dole, czyniąc, jak zawsze, dyskretny podkład pod codzienną krzątaninę mieszkańców Gładkiego.
Wszechobecne drewno – zarówno to czyste, miodowe, jak i to jeszcze osmolone swoją własną historią – pachnie i nabiera koloru po długiej, białej zimie.
Po obejściu kręciło się kilkanaście osób: baby, chłopy, dzieciaki, znajomi, czyniąc pełen pozytywnej energii i radości ruch. Praca paliła się w rękach, kolejne kawy ginęły w roztrajkotanych gardłach, a woda z węża – niczym w lany poniedziałek – lała się po wszystkich radośnie i beztrosko.
Baby klęły, przygwarzały i dozyroły chłopom: – Ej, płonyś, chłopce! Lebo moze ci się widzi ta pani z Warsiawy, he?! Uwijały się jak w ukropie, pokrzykiwały: o-ho hiiip do sąsiadów zza potoku, czekając na odpowiedź: Oooo-hip!!!
Wśród ogólnego rozgardiaszu, śmiechu i pokrzykiwań, mnóstwa znajomych, którzy akurat się zjechali „na kawę”, po wymianie plotek, poczwórnej zmianie portek Klimkowi (mama, dobobrołek się!) padło hasło: – Hej, Maryś, jesce te podsiubitki hań i bieremy się w chałupe!
Połowa domu umyta, druga połowa – jutro. Tak oto w dwa dni nie myta od ośmiu lat chałupa odzyskała dawny koloryt.
I tylko Stasiu wieczorem zbierał resztki sił przy drinku:
- Hej, kiebyk jo se mioł takom babe w chałupie, to byk ani tyźnia z niom nie siedzioł!
SŁOWNICZEK GWAROWY
W kolejności pojawiania się słów i zwrotów w tekście:
- palenka – wódka znana na nizinie jako karmelówka. Robi się ją z roztopionego cukru dolanego do spirytusu. Oczywiście robienie palenki to kolejna okazja przed weselem do spotkania się ze znajomymi i sąsiadami „na posiady”;
- baciocki – zdrobniała forma słowa bacioki oznaczającego kalosze;
- na pole – nie tylko w Zakopanem, ale na terenie całej dawnej Galicji (także w Krakowie) zamiast „na dworze” używa się formy „na polu”. I tak dzieci idą się bawić do pola (czyli na dwór), ale już np. grabić – na łąki;
- psiekrwie – forma przekleństwa występuje zazwyczaj – tak, jak i tu – w liczbie mnogiej. Tym mocno pejoratywnym określeniem góralki obdarzają każdego, kto nie w porę wejdzie im w drogę;
- dziecyska – dzieciaki. Określenie używane często w kontekście negatywnym, ale nie zawsze (np. Kaz te dziecyska? – Gdzie te dzieciaki?);
- jojcom – jęczą, narzekają;
- siurować – szorować;
- niekze tam – a niech tam!;
- przygwarzały – rozmawiały. Gwarzyć, przygwarzyć – rozmawiać;
- dozyrać – ma wiele znaczeń, m.in. dokuczać, wyzłośliwiać się, przeszkadzać np. Nie dozyroj-ze mu! – Nie dokuczaj mu! Ale już zdanie: Kaśka to dozarto baba. – może oznaczać, że Kaśka jest kobietą złośliwą, ale także – taką, która zawsze dopnie swego!;
- płonyś – słabyś. Określenie to tyczy się głównie fizycznych możliwości. Jeśli ktoś jest anemiczny, chudy – mówi się o nim płony. Np. Dy to płony chłop, on tego nie dźwignie… – To przecież słaby facet, nie dźwignie tego…;
- lebo – albo;
- widzi się – ma dwa znaczenia. Tu – podoba się. Np.: -Widzi ci się to dziewce? – Podoba ci się ta dziewczyna? Inne znaczenie: wydaje się. Np.: Cosi mi się widzi, co bedzie loć… – Coś mi się wydaje, że będzie padać…;
- pani z Warsiawy – oczywiście: pani z Warszawy. Jednakże chciałabym zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę: Górale nigdy nie zwracają się do siebie nawzajem per pan/pani. Równi wiekiem mówią sobie po imieniu (nawet, jeśli się nie znają – i tak najprawdopodobniej w którymś pokoleniu byli bliską rodziną). Jeśli chcą oddać szacunek starszej gaździnie czy gaździe dwoją, czyli używają liczby mnogiej, np.: – Witojciez gazdo, jakoż się macie? Czasem też, choć dziś już coraz rzadziej, zwracając się do starszej kobiety, używają formy „matko krzestna”, nawet jeśli daną osobę widzą pierwszy raz w życiu, np.: – Pedźciez mi matko krzestno, kaz to siedzom Bachledy? (Niech mi Pani powie, gdzie mieszkają Bachledowie?). Określenie Pani/Pan zarezerwowane było „od zawsze” dla bardziej szanowanych przyjezdnych;
- dobobrołek się – pobrudziłem się;
- podsiubitki – podsiębitki – deski pod okapem;
- hań – tam;
- Hej, kiebyk jo se mioł takom babe w chałupie, to byk ani tyźnia z niom nie siedzioł! – Hej, gdybym ja miał taką żonę w domu, to bym ani tydzień z nią nie mieszkał!
tekst i zdjęcia: Agata Kuźnicka






