Jak to się stało, że mieszkając w środku Polski, zostałem fanem tej wyspy? Znajomi i nieznajomi często dziwią się, a ja z kolei dziwię się, że oni się dziwią.
Postanowiłem pokrótce opowiedzieć, jak to się stało że mieszkając w środku Polski, zostałem fanem wyspy.
Dlaczego Wolin?
Znajomi i nieznajomi często dziwią się, dlaczego właśnie tego miejsca – tak dziwnego i dalekiego od mojego domu. Ja z kolei dziwię się, że oni się dziwią – w Polsce jest naprawdę wiele miejsc znacznie trudniej dostępnych i dzikich!
Dlatego kiedy pytają „dlaczego”, zwykle nie bardzo wiem co odpowiedzieć, a po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że zaprowadził mnie tam zwykły zbieg okoliczności, taki jakich w życiu wiele. Chociaż coraz częsciej mi się wydaje, że w zyciu nie ma przypadków!
Zaczęło się chyba od tego, że zawsze uwielbiałem Bałtyk. Już od dziecka jego piaszczysty brzeg hipnotyzował mnie – pamiętam jak z biciem serca maszerowałem przez wydmy w obowiązkowych kaloszkach, na coroczne powitanie z morzem…
Ale jak prawie każdy tubylec Centralnej Polski znałem tylko jeden Bałtyk: swojski, rozciągnięty między Krynicą Morską, a Dębkami, gdzie dziwnym trafem zawsze udawało się spotkać na plaży kolegę ze szkoły albo podwórka.
Dopiero na studiach, przy okazji zwariowanego wyjazdu z przyjaciółmi na świnoujską „FAMę”, odkryłem drugi Bałtyk – w porównaniu z „moim” bezludny, dziwny i dziki. Jechaliśmy tam starym wartburgiem całą noc. Po takiej wyprawie spodziewaliśmy się ujrzeć coś w rodzaju lokalnego „końca świata”.

Taki falochron to naprawdę „koniec świata”
I rzeczywiście: zobaczyliśmy wzgórza tonące w buczynowych ciemnościach, kamieniste plaże pod urwiskami, szerokie kanały i zalewy w morzu trzcin. Ale między nimi, tu i ówdzie kryły się także tętniące życiem letniskowe oazy. Tam znaleźliśmy doskonałe warunki do świętowania rozpoczynającego się lata.
Pamiętam te wieczorne wina i poranne kawy pite na gankach okazałych pensjonatów, z których komuna słabiej niż gdzie indziej starła ślady pruskiej świetności. Niechciane przedwojenne dziedzictwo albo kwitło tutaj pod wczasową lamperią, albo porastało bluszczem i drzewami, nietknięte od dziesięcioleci.

Świnoujście – fort Gerharda
Co chwila coś nas zaskakiwało – a to ukryte w lesie betonowe budowle o najdziwniejszych kształtach, a to potężne statki przepływające przez centrum miasta, a to falochron tak długi, że sięgał niemal po morski horyzont.
Były też niespodzianki niemiłe, takie jak kilkugodzinne oczekiwanie na prom w rozżarzonym samochodzie, czy kilka zetknięć z często spotykanym wtedy u miejscowych szorstkim podejściem do przyjezdnych (szczególnie tych z Warszawy).
Mimo to bawiliśmy się świetnie, tym bardziej że było lato, pogoda i ciepła woda, a wokół pełno opalonych dziewczyn. Pamiętam że naszym prawie codziennym rytuałem stała się przeprawa promem i daleka samochodowa wycieczka na dziką plażę pod klifem…

Każdego lata spotykam tu Wikingów…
Po tym wspaniałym tygodniu „na końcu świata” jechałem do domu z mocnym postanowieniem, że tu wrócę. Ale sam nie wiem, czy udałoby mi się tego postanowienia dotrzymać, gdyby nie zrządzenie losu: niecały rok później, na jeszcze innym krańcu Polski spotkałem dziewczynę właśnie z okolic Wyspy, która dość szybko okazała się być… kobietą mojego życia.
Różne oblicza wyspy
Wyobraźcie sobie, że od tamtego czasu – a minęło już lat kilkanaście – nad dotychczasowym „moim” morzem byłem tylko raz, może przez piętnaście minut (z tego co pamiętam, na plaży w centrum Gdyni).
Każde kolejne wakacje i ferie spędzałem odtąd już tylko na wyspach Wolin i Uznam. I co ciekawe, za każdym razem odkrywałem tam coś nowego, coś czego nie widziałem.

Żubry TEŻ tu się dobrze czują!
Najpierw nie mogłem wyjść z podziwu, jak blisko od tłocznych, przepełnionych tandetą promenad można natknąć się nie tylko na dziewiczą przyrodę, lecz także na niewiarygodnie biedne, zapomniane przez Boga i ludzi popegieerowskie wioski.
Potem odkryłem, że wyspa Wolin ma nie jedno, ale dwa klifowe wybrzeża. I że to drugie, południowe, nad Zalewem Szczecińskim wcale nie ustępuje temu pierwszemu, morskiemu.
A dopiero po 10 latach dane mi było zobaczyć wolińsko-uznamskie podziemia: wnętrza pruskich i hitlerowskich bunkrów i fortów (w rejonie wysp są ich dziesiątki), znane wtedy jeszcze tylko w wąskim środowisku „eksploratorów” militarnych.

Prawie nigdy nie rozstaję się tutaj z rowerem!
Z początku nie miałem na wyspie roweru, wędrowałem pieszo. Kiedy w okolicy pojawiła się pierwsza wypożyczalnia, szybko przekonałem się że Wolin nawet bez ani jednej utwardzonej ścieżki rowerowej, ma wielkie zadatki na rowerowy raj.
Sporo tam pustych asfaltowych dróg, wtopionych w przepiękne krajobrazy, a po drogach polnych też najczęściej jeździ się nieźle. Dlatego od tamtego czasu, kiedy jestem na wyspie, prawie nigdy nie rozstaję się z rowerem.

Słynny Diabelski Kamień
Po wielu tak spędzonych wakacjach naturalnie dojrzał we mnie (człowieku żyjącym już dużo wcześniej z pracy klawiaturowej) pomysł przelania doświadczeń na dysk, a potem papier. I to tyle. Żeby dalej nie zanudzać, chciałbym zachęcić Was do spróbowania choć trochę tego, co tak bardzo mi smakuje: przymknijcie oczy na plastik i tandetę, nie traćcie czasu na rozdeptane przez turystów atrakcje.
Ruszajcie rowerem na szlak, a jeszcze lepiej poza niego. Zobaczycie dziki, fascynujący i nadal bezludny świat, niemal nietknięty komercjalizacją… A gdyby nawet i on w końcu Wam się znudził, zawsze i w każdej chwili będziecie mogli wrócić do typowych wakacyjnych przyjemności. Takich jak błogosławione, plażowe nieróbstwo.
tekst i zdjęcia: Marcin Zamorski/ Wydawnictwo Rajd







