Co roku na przełomie marca i kwietnia, od zawsze, przychodzi w Tatrach pewien dzień. Zazwyczaj nic go nie zapowiada – poprzednia noc jest ciemna, bezgwiezdna i zimna.
Często wieje silny wiatr, a światełka w dole, w Zakopanem mrugają ni to zachęcająco ni to groźnie. Śnieg coraz bardziej zdaje się ciążyć ziemi. Wydaje się, że do wiosny jeszcze wiele tygodni.
Ale potem przychodzi ranek. Budzi się słońce. I od pierwszej chwili doskonale wiadomo, że dzisiejsze słońce będzie świeciło przez cały dzień, a kiedy zajdzie za wał Gubałówki, niebo nie pokryje się mroźną różowawo-siną powłoką, lecz pozostanie bladoniebieskie, aż ściemnieje do granatowej czerni.
Często wychodzę wtedy rano przed dom – oczywiście w samej pidżamie a nierzadko z mokrymi włosami. Nie mogę uwierzyć, że świat w jedną noc tak bardzo się zmienił i zawsze mam ochotę dotknąć go i poczuć jak najmocniej.
Słoneczne promienie docierają w najdalsze zakątki drewnianych chałup, rozpieszczając je i otwierając na świat. Długie ich promyki przebijają się przez śnieg, aby dotrzeć do pochowanej trawy i krzaków, aby rozbłysnąć wśród młodych listków i ogrzać kamienne schody. Uwalniają zapach.
Powietrze w Zakopanem pachnie, i to za każdym razem, o każdej porze dnia i roku inaczej. W dniu, o którym piszę, jest to zawsze świeży, mokry i ciepły zapach budzącego się życia. Zapach, którego nie sposób pomylić z innym, i za którym zawsze tęsknię.
Skoro już jestem na dworze, zazwyczaj siadam na drewnianej ławeczce pod domem i mrużę w słońcu oczy, aby dostrzec wszystkie perlące się maleństwa, które tocząc się, kapiąc i płynąc, budują niteczki wody, przemieniające się później w strumyczki, potoki, by wreszcie przybrać dumną nazwę wiosennych roztopów.
Słońce cudownie rozleniwia. Uspokaja. Wyostrza zmysły. Uświadamiam sobie mnogość towarzyszących temu spektaklowi dźwięków.
Szum liści, wszechobecne spływanie, ciurkanie i kapanie wody. Czasem głośniejsze oderwanie się płata śniegu, który mokro klapie w świeżo powstałą kałużę. Sople, z których kapie tak krystaliczna, że aż srebrna woda.
A wszystko to, nieważne, czy płynąc po ulicy czy kapiąc z dachu, czy też rzeźbiąc swoją własną ścieżynkę w śniegu, skrzy się, perli i błyszczy milionem tęczowych kropelek, aby powiedzieć, że wreszcie nastał Diamentowy, wyczekiwany, Pierwszy Dzień Wiosny.
Później takich dni będą dziesiątki. Ale żaden z nich nie będzie już tym Pierwszym.
tekst: Agata Kuźnicka
zdjęcie: Bożena Wajda






