Stwora to łódka. Ale nie byle jaka. Ze stuletniej sosny. Stworzona specjalnie dla Wisły.
Kiedyś wiele ich pływało po „królowej polskich rzek”, ale teraz to prawdziwa rzadkość. Już niewielu szkutników umie zbudować takie niby proste, a wysmukłe i wytrzymałe cacko. Trzeba nie tylko mieć deski bez sęków ze stuletniej sosny. „Lustro” na tył robi się tylko z dębiny – to dwucalowa deska. Z takiego samego drewna powstaje dziób – gruby i twardy, lity klocek dębowy musi znieść wiele uderzeń o brzegi, pomosty, kamienie, a nawet ostrą jak topór krę. Trudno też o dobry materiał na wręgi – grube, ale tylko naturalnie wygięte i to pod ściśle określonym kątem konary akacji.
Taka konstrukcja powstała po wielu stuleciach zbierania doświadczeń w pływaniu po Wiśle. Zupełnie inne są łódki budowane na potrzeby rybaków nadbużańskich i narwiańskich.
Wisła jest bardzo kapryśna i groźna, zmienia swój poziom, koryto i brzegi. Lubi płatać niespodzianki. Łacha piachu wędruje swobodnie, we wszystkich kierunkach po kilkadziesiąt centymetrów dziennie. Ale lodowiec zostawił też progi z ciężkiej, tłustej gliny, zmieszanej z wielkimi głazami, których żaden, nawet najbardziej porywisty prąd i największa powódź nie ruszy. Nurt dzieli się na wiele odrębnych, żyjących własnym życiem prądów i wirów. Różnica poziomów lustra wody sięga kilku metrów. To masa wody, której wielkość trudno objąć wyobraźnią. Idealnie tu pasuje motto kapitana Nemo z „20 000 mil podwodnej żeglugi” – „Ruchome w ruchomym”. Ostatnia taka wielka, nieuregulowana, właściwie dzika rzeka w Europie. Skarb, którego nie umiemy docenić ani wykorzystać. Lepiej to wychodziło naszym protoplastom.
Kiedy na Wiśle utrzymywano regularny ruch pasażerski co trzy kilometry miał swój posterunek i stały odcinek do kontroli specjalny „wodny dróżnik”, który wypływał na rzekę rano i wieczorem. Co rano badał nurt i ustawiał boje na nowych płyciznach. Wieczorem wytyczały ten szlak światła lamp naftowych. „Dróżnik” za dnia czyścił w nich okopcone szkła i dolewał nafty. Bo ruch trwał całą dobę i przez większość miesięcy w roku. Nie tylko wiosną i latem do Młocin na majówkę, jak to uwieczniła popularna piosenka. Stocznie i porty w Warszawie, Płocku i Sandomierzu pracowały wtedy pełną parą. Wielkie szkuty transportowały zboże do Gdańska, a transport drewna odbywał się według zasad i reguł opracowanych już przed wiekami.
Nikt nawet nie myślał o ujarzmianiu i regulowaniu „królowej polskich rzek”. Umiano wykorzystywać jej siłę i zmienność. Kiedy przychodziła „świętojanka”, bardzo wysoka czerwcowa fala, zwykle w okolicach św. Jana (stąd nazwa) szyprowie i retmani czekali na jej szczyt. Nawet wielkie szkuty, mieszczące po sto ton zboża, ślizgały się na niej ze ściśle zamierzoną prędkością około 7 km na godzinę, czyli trochę szybciej niż szła sama fala na rzece. Tak, to jest możliwe! Takie „surfowanie” na samym szczycie wielkiej wody wymagało precyzji i umiejętności, bardzo czujnego reagowania na wszelkie meandry kapryśnego nurtu, liczne mielizny, łachy, progi z kamieniami, bystrza, plosa, wiry, cofki, zmiany pogody i powiewy wiatru. Żegluga do Gdańska trwała tylko siedem dni. Powrót znacznie dłużej, nawet kilka tygodni, wymagał manewrów pod prąd, często holowania z brzegu, czyli tak zwanego „burłaczenia”.
Decydowała przede wszystkim specjalna konstrukcja długiej i wąskiej szkuty – jej równe płaskie dno, małe zanurzenie, długie wiosła służące głównie do sterowania. Pomagał czasem wiatr, w języku flisaków zwany „stryjkiem” (służył do tego celu jeden żagiel rejowy, który łatwo było zwinąć i rozwinąć), ale nade wszystko ważna była doświadczona załoga. Jej członkowie rekrutowali się z rodów, które przez całe pokolenia zbierały wiedzę jak bezpiecznie przeprowadzić szkutę, komięgę, bindugę i bat czy spławić wielką tratwę z tonami drewna z gór, od ujścia Sanu, Nidy czy Pilicy do samego morza. Poemat Klonowica „Flis” z XVI w. to właściwie reportaż z takiej podróży. Wszystko, co zanotował renesansowy poeta – słowa, zwroty, obyczaje flisaków i oryli, główne punkty orientacyjne na brzegach były stosowane do XX wieku. Teraz nieliczni pasjonaci próbują to ocalić, a czasem odtworzyć.
Kiedy w połowie XIX w. hrabia Andrzej Zamoyski uruchamiał swoje warszawskie przedsiębiorstwo żeglugowe dobrze wiedział co robi. Szlak komunikacyjny i handlowy Wisły szybko przyniósł mu krociowe i stałe zyski. Ale najpierw sprytny arystokrata-kapitalista, który umiał docenić tradycję (a to zawsze się opłaca!) sprawdził konstrukcję swojego statku – długiego, o płaskim dnie, małym zanurzeniu i z bocznym napędem dwóch kół. O proporcjach liścia wierzby, który ślizga się po wodzie. Dlatego hrabia mógł swoim parostatkiem na 500 osób odbyć niezwykłą wyprawę w górę Wisły. Dotarł aż do Krakowa. W owym czasie była to bardzo śmiała patriotyczna manifestacja.
Wzbudził prawdziwą sensację, bo to przecież była już zagranica – zabór austriacki, nie rosyjski. Ale przedsiębiorczy hrabia na tym nie poprzestał. Wpłynął nawet na rwący, płytki i kamienisty Dunajec. A co to znaczy wie każdy kajakarz, który próbował zmierzyć się z tą rzeką i to nie tylko u jej ujścia. Po drodze hrabia Zamojski musiał najmować specjalne ekipy, które rozbierały i stawiały z powrotem za niskie mosty, ale opłaciło się. Miał dzięki temu – używając nam współczesnej terminologii – wyjątkową kampanię promocyjną i udowodnił, że Wisłą można pływać swobodnie tam i z powrotem. I tak się działo jeszcze przez wiele dziesięcioleci.
W Czerniakowskim Porcie powstawały liczne parostatki. Tej stoczni dzielnie sekundowały inne porty rzeczne na Wiśle i przystanie. Jak osadzano największą nawet barkę na pochylni? Ano, cumowało się w kwietniu, podczas wysokiej wody, która potem szybko opadała. Obiekt osiadał grzecznie na pochyłym brzegu, przeprowadzano remont jego dna, wysmołowany i uszczelniony kadłub sobie sechł na brzegu, a następnie w czerwcu, kiedy znowu przychodziła wielka woda, jak to od wieków bywało, zawsze na świętego Jana – Wisła „sama” stawiała pojazd na fali. Według „harmonogramu” powtarzającego się co roku przez stulecia.
Jeszcze w latach 60. XX w. funkcjonowały na Wiśle całkiem okazałe resztki tej świetnej przeszłości. Ale pod rządami socjalistycznych technokratów, zapatrzonych tylko na wielki przemysł, rychło „poszły na żyletki”. Idea uregulowanej Wisły, która miała dostarczać węgiel do hut i stal do fabryk spędzała centralnym strategom gospodarki planowanej sen z powiek. Nie mogli patrzeć na takie marnotrawstwo jak swobodnie płynąca sobie rzeka.
Komu to przeszkadzało?
Owi wizjonerzy (z rodu tych, którzy bieg syberyjskich rzek chcieli odwracać przy pomocy wybuchów nuklearnych i „ukradli” Morze Aralskie) pragnęli uregulować Wisłę i zamienić ją w wodną szosę – wybetonować równo brzegi, a nurt przegrodzić wielkimi tamami. Miało ich być dwadzieścia, lecz powstała tylko jedna we Włocławku (dziś grożąca katastrofą lada dzień).
Ale najgorsze w skutkach są chyba nie te materialne pozostałości idei Wisły jako przybudówki przemysłu. Zostało przede wszystkim ogólne nastawienie wszelkiej maści decydentów do największej polskiej rzeki, traktowanej w najlepszym razie jak jeden ogromny ściek. Warszawa jest architektonicznie – we wszystkich rozwiązaniach! – odwrócona od Wisły. Nie zauważa jej, lekceważy, pomija. Ostatnio czynione starania różnych pasjonatów, aby zmienić ten stan rzeczy to kropla w morzu potrzeb, ale ta kropla – trzeba przyznać – systematycznie drąży skałę. Skałę ludzkich przyzwyczajeń oraz mur obojętności urzędników i decydentów.
Przemysław Pasek, pomysłodawca i prowodyr Fundacji JAWISŁA wyłowił niedawno zatopioną barkę ( z pomocą całej grupy pasjonatów), nadał jej imię "Herbatnik" i zaraz przemienił w…scenę wielu koncertów muzycznych. „Stwora” powstała w Nowym Dworze Mazowieckim, w warsztacie szkutnika, jakich już niewielu pozostało i od razu zaczęła kursy jako wodna taksówka. Regularne, bezpłatne rejsy po Porcie Czerniakowskim dla wszystkich chętnych odbywają się w każdą niedzielę. Przez całe lato – kilkanaście tygodni, aż do końca września, dopóki tylko pogoda pozwoli. Chętnych nie brakuje.
„Stwora” jest napędzana tylko wiosłami. Parą w dulkach na środku i jednym ruchomym z tyłu. Mieści nawet kilkunastu pasażerów. Wbrew pozorom łódka choć długa i wąska, o niskich burtach jest bardzo stabilna – to bardzo bezpieczna przejażdżka. Biorą w niej udział oprócz dorosłych także dzieci i niepełnosprawni.
Przemysław Pasek, stojąc na rufie nie tylko „robi wiosłem” i steruje, ale jednocześnie barwnie opowiada o teraźniejszości i przeszłości całej Wisły, Czerniakowa, terenu portu. Wie o tym temacie – „jak Wisła szeroka i głęboka” – wydaje się, że wszystko. Odbyłem już dwie takie przejażdżki (oraz wędrówkę wzdłuż wiślanych brzegów i wałów) i za każdym razem usłyszałem zupełnie inne gawędy. Tematem i początkiem opowieści jest a to fragment brzegu, a to dzika kaczka, a to zacumowana barka.
Jaki jest cel tego „gondoliera”? Stworzyć na terenie Portu nietypowe, bo żywe muzeum – Skansen Rzeki Wisły. Gromadzące łodzie, dokumentację, a nade wszystko skupiające ludzi. I uczące ich, że Wisła to skarb. Nie tylko dla naszych przodków, którzy nie znali pary, elektryczności i tych tysięcy wynalazków, ale umieli dzięki niej tworzyć miasta i społeczności.
Mały paradoks polega na tym, że gdyby ktoś chciał zobaczyć na przykład precyzyjny model pięknego jachtu, na którym król Stanisław August Poniatowski odbywał rejsy po Wiśle – to musi się udać w tym celu aż do Tomaszowa Mazowieckiego. Od kilku lat działa tam Skansen Rzeki Pilicy, które z pasją dokumentuje nie tylko tradycję Nadpilicza. To dobry wzór. Muzeum Pilicy także stworzyli od podstaw pasjonaci, a teraz to miejsce cieszy się wielką popularnością. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że pełni ważną kulturową misję – ocala od zapomnienia bogatą i piękną narodową tradycję.
Taką samą rolę może odegrać Skansen Rzeki Wisły. To nie są wcale mrzonki. Podniesioną z mułu barkę „Herbatnik” Fundacja JAWISŁA przemieniła w miejsce niezwykłych spotkań i scenę dla serii nocnych koncertów. KinoMost (pod Mostem Łazienkowskim na Cyplu Czerniakowskim) działa, pokazując polskie filmy dokumentalne, pomimo licznych awarii projektora. Fundacja JAWISŁA prowadzi też specjalny program „Rzeki kultury łączą ludzi”. Intencje są jasne – nie tylko Wisła ma dorobek, który należy „ocalić od zapomnienia”. A Bug, Narew, Odra, Pilica? „Imię ich legion”.
Publika tych licznych pokazów, koncertów, rejsów, wystaw i spotkań dopisuje. Każdy dzień przynosi jakieś odkrycie. Wielu pasażerów „Stwory” przynosi arcyciekawe dokumenty i zdjęcia, wyszperane z rodzinnych archiwów. Przy mnie w ręce Przemysława Paska trafiła kopia zdjęcia pływającego domu piaskarza, który zimą mieszkał „normalnie” na Solcu, ale przez cały wiosenny i letni sezon nie opuszczał swojego miejsca pracy i życia. Ostatnio dokonano sensacyjnego wręcz znaleziska – jest to wielka kotwica od XIX-wiecznego parostatku. Ma cztery łapy, ponad 300 kg wagi – ostatni taki okaz nad Wisłą. Inne skończyły marnie dzięki złomiarzom. Nie dajmy jej przepaść marnie!
Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Szaraniec
Zdjęcia archiwalne zamieszczone w artykule można obejrzeć na nietypowej – plenerowej wystawie, zrealizowanej przez Fundację JAWISŁA na płocie okalającym siedzibę warszawskiej Straży Miejskiej, mieszczącej się na nabrzeżu Wisły, tuż obok Portu Czerniakowskiego. Pochodzą z różnych, także prywatnych zbiorów. Wszystkie zdjęcia, rysunki i pocztówki – uzyskiwane przez Fundację – są kopiowane. Oryginały wracają do właścicieli, a kopie tworzą zbiory przyszłego Skansenu Wisły.
www.jawisla.pl – strona, która podaje terminarz i repertuar wszelkich działań Fundacji, także rejsów „Stworą” po Porcie Czerniakowskim oraz umożliwia telefoniczną rezerwację miejsc.
www.skansenpilicy.pl
To wyjątkowe muzeum ma na swoim koncie rozliczne osiągnięcia - od wystaw modeli łodzi i żaglowców, na jakich pływano po rzekach, jeziorach, morzach i oceanach aż po wyszukiwanie i eksponowanie zabytkowych militariów (w tym jedynego na świecie egzemplarza niemieckiego opancerzonego transportera z czasów II wojny światowej).






