To była najbardziej nietypowa niedziela w moim życiu, a jednocześnie jeden z najbardziej nietypowych dni spędzonych w górach. Jak co roku w czerwcu wraz z przyjaciółmi wybraliśmy się w Tatry, chcąc nabrać sił po całym roku pracy i po raz kolejny nacieszyć się spokojem i ciszą gór.
Tygodniowa wędrówka, dokładnie zaplanowana przed wyjazdem, miała prowadzić nas szlakami Tatr Zachodnich – poczynając od Doliny Chochołowskiej, aż po szczyt Kasprowego Wierchu.
Pierwsze dni spędzaliśmy w schronisku na Polanie Chochołowskiej, nosząc się z zamiarem wejścia na pobliskie okalające dolinę szczyty. Ponieważ drugi dzień naszej wędrówki przypadał na niedzielę zapadła decyzja, że należy iść do kościoła.
Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż najbliższy kościółek znajdował się u wylotu Doliny Kościeliskiej, w Kirach – ponad dwie godziny drogi od naszego schronienia, a odprawiana msza zaczynała się o godzinie 7.00 rano.
Dopełnieniem radosnych nowin była zaplanowana na ten dzień ośmiogodzinna wędrówka grzbietem Tatr.

Słowo się rzekło…Pobudka nastąpiła o godzinie 4.00 i po bardzo szybkim śniadaniu już o 4.30 witaliśmy mglisty poranek na Polanie Chochołowskiej.
Tu spotkała nas niesamowita niespodzianka. Po raz pierwszy ujrzeliśmy te góry żyjące swoim życiem, nie zakłócanym widokiem żadnego człowieka.
Jednak, gdy tylko nas zobaczyły, szybko okryły się mgłą zasłaniając swoje tajemnice, pozostawiając nam nasze „zdobycze cywilizacji”: drewniane szałasy i wybrukowaną drogę, która zaprowadzić nas miała do wylotu doliny.
Gdybym napisał, że droga minęła szybko, to rozminąłbym się z prawdą. Bite dwie godziny zbliżaliśmy się krok za krokiem do celu naszej wyprawy, mijając kolejne, charakterystyczne dla tego szlaku miejsca, o tej godzinie całkowicie jednak wyludnione. Z czasem droga z brukowanej zmieniła się w asfaltową.

Tuż przed polaną, na której znajduje się wejście do TPN-u skręciliśmy na ścieżkę pod reglami, by szybko przemieścić się do Kir i odszukać kościół.
Przemierzając błotnisty szlak nagle zatrzymaliśmy się przy pewnej zagrodzie, gdzie ze stoickim, trochę dziwnym spojrzeniem przyglądał nam się koń – raczej nie spodziewając się gości o tej porze.
Po krótkiej wymianie „uprzejmości” i pamiątkowym zdjęciu udaliśmy się dalej mając nadzieję na szybkie zakończenie naszej wędrówki. Tutaj spotkała nas kolejna niespodzianka, ponieważ nasz szlak nagle urwał się, wyprowadzając nas na asfaltową drogę.
O krok od celu…
Będąc już bardzo zmęczeni zatrzymaliśmy nadjeżdżającego busa, chcąc końcówkę drogi pokonać już nie o własnych siłach. Kierowca oczywiście zgodził się nas zabrać, lecz najpierw upewnił się dwukrotnie dokąd chcemy jechać.
Jego dociekliwość została bardzo szybko wyjaśniona, jako że nasza przejażdżka zakończyła się 200 metrów dalej, tuż za pierwszym pokonanym zakrętem, gdzie znajdował się mały drewniany kościółek.
Ponieważ udało nam się dotrzeć sporo przed rozpoczęciem mszy, zaoszczędzoną chwilę przeznaczyliśmy na to, aby wyczyścić nasze buty i ubrania z błota zebranego na szlaku.
Pomógł nam w tym kran z bieżącą wodą, który znaleźliśmy w przykościelnym ogródku. Zdarzyliśmy też skonsumować drugie już tego dnia śniadanie, tym razem na ławce w pięknym ogrodzie.
Po 45-minutowej góralskiej mszy trzeba było się ponownie zmierzyć z trasą, jednak tym razem droga wiodła pod górę.
Mżawka, która gdy schodziliśmy towarzyszyła nam co jakiś czas, teraz przeistoczyła się w regularny deszcz. Na nasze szczęście po 30 minutach przestał się on nami interesować, a w każdym razie do czasu dotarcia na Polanę Chochołowską i w wyższe partie gór.

W schronisku pojawiliśmy się około godziny 11 i po krótkim odpoczynku, przepakowaniu i trzecim tego dnia posiłku ruszyliśmy w góry, otulone welonem mgły i chmur.
Tego dnia przeżyliśmy jeszcze burze, porywiste wiatry oraz ulewę, która dostatecznie pozbawiła nas złudzeń o wielkości i potędze człowieka w górach.
Epilog ze słońcem…
Ta jedna niedziela trwała siedemnaście godzin, z których trzynaście zostało spędzone na tatrzańskim szlaku w dolinach oraz na szczytach.
Podczas całego dnia udało nam się zobaczyć jedynie pewne fragmenty Tatr Zachodnich, skrywane za zasłoną gęstych chmur, a padający deszcz i wiejący wiatr pozbawił nas resztek chęci rozkoszowania się pobytem w górach.
Tuż przed powrotem na Polanę Chochołowską przez warstwę chmur przedarło się jednak kilka promieni słońca, a z czasem na niebie połyskiwało coraz więcej błękitu.
Gdy dotarliśmy do schroniska mogliśmy podziwiać już całość okolicznej panoramy. To był nasz drugi dzień wędrówki i pierwszy przejaw wspaniałej pogody, która utrzymała się aż do wyjazdu.
I to była nasza nagroda za wytrwałość i walkę tej jednej niedzieli, gdy „odpoczywaliśmy” w Tatrach.
tekst i zdjęcia: Dominik Kmiecik






