Nie każdy turysta, który trafi na ziemię pucką, wybiera się nad Jezioro Żarnowieckie. Choć jest tu i kościół klasztorny w Żarnowcu i nieopodal zamek von Krockowów w Krokowej, nadal trwa zły czar nieukończonej elektrowni jądrowej nad jeziorem (dziś jest to elektrownia wodna). Tuż obok terenów przemysłowych uchowała się wioska Nadole, w której cieszy oko skansen wsi północnokaszubskiej.
Tuż obok terenów przemysłowych uchowała się wioska Nadole, w której cieszy oko skansen wsi północnokaszubskiej.
Chëcze koło elektrowni
Skansen mieści się przy głównej szosie, którą przyjedziemy z Wejherowa. Już z ulicy widać gospodarstwo Rutzów – po prawej oborę i wozownię a po lewej stodołę oraz chëcz – czyli po kaszubsku dom. Gospodarstwo, typowe dla północnych Kaszub, zbudowano w połowie XIX w.
Mieszkańcami Nadola byli Kaszubi i Niemcy. Przed II wojną kilka kilometrów stąd przebiegała granica, a tereny te od kilkuset lat ulegały germanizacji.
Dziś po Niemcach nie zostało śladu, za to mieszka tu sporo ludzi, którzy w latach 80. XX w. przyjechali budować żarnowiecką elektrownię jądrową.
Zostało też kilka kaszubskich rybackich rodzin. – Łowienie na jeziorze nie jest już tak opłacalne jak kiedyś, jednak nadal łowiona jest szczëka (szczupak) czy òkùnk (okoń) – mówią rybacy na przystani.

W nadolskim skansenie, który od jeziora dzieli kilkadziesiąt metrów, zobaczymy rekonstruowaną właśnie rybacką chatę rodziny Kuhrów.
Pracownicy muzeum budują ją praktycznie od zera, korzystając z dawnych technik i oryginalnych części. – Dziś jeszcze nie wygląda tak, jak powinna – mówi Roman Drzeżdżon, przewodnik – pracujemy nad nią od dwóch lat, i już możemy się pochwalić tym, że w środku możemy urządzać spotkania.
Zbudowanie takiej chaty nie jest proste. Najpierw na kamiennym fundamencie należy ustawić szkielet konstrukcji, później wypełnić ją mieszaniną gliny i sieczki.
– Do tego jeszcze inne substancje które tradycyjnie kaszubscy murarze trzymali w tajemnicy. Proporcje były także tajemnicą zawodu – tłumaczy Drzeżdżon – o ich skuteczności najlepiej świadczy fakt, że jeszcze dziś mieszka się w domach stawianych tą techniką ponad sto lat temu. Zimą nie jest w nich zimno a latem panuje przyjemny chłodek – dodaje.
Dachy kaszubskich chëczy są kryte nie słomą, jak w głębi Polski, lecz trzciną, której u brzegów kaszubskich jezior nie brakowało nigdy. – Taki dach, jeśli został dobrze położony, potrafił wytrzymać kilkanaście, kilkadziesiąt lat – zapewnia nasz przewodnik.
Warsztat kaszubskiej kucharki
Złowione ryby trafiały na rynek lokalny ale też były sprzedawane dalej – w głąb Kaszub. W czasach, kiedy nie istniały chłodnie, trzeba było radzić sobie inaczej – dlatego na sporą skalę ryby wędzono.
Nieopodal wędzarni zobaczymy piec chlebowy. Opalany był drewnem, które po rozgrzaniu pieca było wygarniane z wnętrza grëlką – czyli rodzajem pogrzebacza – i dopiero wtedy wkładano do środka gotowe do pieczenia bochny.
Chleb w domach na Kaszubach masowo robiono jeszcze kilkanaście lat temu, a i dziś w niektórych domach chlebowe piece są używane. – Szczególnie podczas żniw, gdy sporo gąb jest do wykarmienia i nikt by nie nadążył biegać do sklepu – mówi Drzeżdżon.
Do samorobnego chleba oprócz kwasu, mąki, soli i składników, które znajdziemy nawet w chlebie kupionym w supermarkecie dodaje się także gotowanego roztartego ryżu lub, częściej, ziemniaków. Kaszubski chleb jest bardziej drożdżowy niż zwyczajny z piekarni. Ma też inny kształt – płaskiego i prostokątnego bochna.

Jak wyglądało gospodarstwo w środku? W dwóch nadolskich chëczach zobaczyć możemy i warsztat tkacki i narzędzia gbùra czyli rolnika.
– Najwięcej zainteresowania budzi jednak kuchnia, a to, jak kiedyś radziły sobie kaszubskie gospodynie wprawia dzisiejsze turystki w podziw – mówi Roman Drzeżdżon.
Na przykład masło. Kiedyś – tak, jak chleb – trzeba je było zrobić samemu. Służyła temu czerzënka czyli masielnica, w której ze śmietany „ubijano” masło. Nie było to zajęcie lekkie, a jeszcze w XX ww. robiono to ręcznie.
Młode gospodynie znały jednak „drogi na skróty” – do częściowo zrobionego masła wystarczyło wlać odrobinę gorącej wody i już nie trzeba było się aż tak narobić. Jednak takie „sparzone” masło było białe, a nie żółte i nieco inne w smaku.
Wodna zamiast jądrowej
Życie nadolskich Kaszubów skomplikowało się, gdy w latach 80. XX w. podjęto decyzję o budowie elektrowni jądrowej nad Jeziorem Żarnowieckim.
Całkowicie wysiedlono wieś Kartoszyno, na miejscu której dziś znajduje się wolna strefa ekonomiczna, a jeszcze niedawno – magazyny i bocznica kolejowa elektrowni. Ucierpiało także wiele okolicznych gospodarstw położonych pomiędzy wsiami.
Dziś południowy brzeg jeziora jest zabetonowany i martwy. Na wysoczyźnie pomiędzy Kartoszynem a Gniewinem wybudowano tzw. górny zbiornik, który miał być rezerwuarem wody do chłodzenia reaktora atomowego.

W 1990 roku, równocześnie z wyborami prezydenckimi odbyło się referendum, w którym Pomorzanie odpowiadali na pytanie, czy kontynuować budowę elektrowni jądrowej, czy jej zaprzestać.
Ponieważ większość mieszkańców regionu bała się jej, rząd podjął decyzję o przekształceniu rozpoczętej budowy i dokończeniu jej już jako elektrowni wodnej szczytowo-pompowej.
Jest to konstrukcja ekologiczna i mniej kontrowersyjna niż elektrownia jądrowa – jej działanie polega na tym, że w godzinach mniejszego zużycia energii pompuje się wodę z Jeziora Żarnowieckiego do górnego zbiornika, a gdy jest większe zapotrzebowanie, spuszcza się ją przez turbiny prądotwórcze z powrotem do jeziora.
Projekt atomowej elektrowni miał jednak taki plus, że postanowiono z okolicznych wsi zebrać zabytki – w 1987 został otwarty skansen w Nadolu.
tekst i zdjęcia: Alicja Szczypta






