|
Zima to pora roku, na którą fotograf przyrody, w przeciwieństwie do wielu innych mieszkańców naszego kraju czeka z utęsknieniem.
Dlaczego? Dlatego, że zimą łatwiej o bliskie spotkania ze zwierzyną, która wygłodzona podchodzi do pełnych siana paśników, z ptakami podlatującymi pod same okna do karmników. Zimą przylatują do nas gatunki, które rzadko można spotkać o innej porze roku, jak jemiołuszki, czy zięby jer. Zimą łatwiej także o spotkanie ze skrzydlatymi drapieżnikami, które poszukując pożywienia łatwo skusić kawałkiem wyłożonej padliny.
Z niecierpliwością czekałem więc na przyjście tej pory roku. Już wcześniej przygotowałem ukrycie – solidną czatownię, która miała mi służyć, kiedy spadnie śnieg i przyjdą tęgie mrozy. Buda po kilku miesiącach wtopiła się w otoczenie i ptaki przyzwyczaiły się do niej. Po nadejściu pierwszych mrozów zacząłem wykładać zanętę. Po kilku dniach postanowiłem sprawdzić, czy ktoś się nią zainteresował. Moja radość była wielka, kiedy z daleka, przez szkła lornetki zauważyłem ruch przed moim ukryciem. Na gałęziach pobliskiej olszy siedziało stado rozkrzyczanych srok, a tuż przed budą myszołów, skubiący zaciekle kawałki mięsa. Nadchodząca zima zaczęła już dawać się ptakom we znaki. Pierwszy śnieg bardzo utrudnia im poszukiwanie pokarmu, więc chętnie korzystają z mojej stołówki.
Fotograf wstaje o świcie
Postanowiłem następnego dnia zasiąść w ukryciu. Niestety, nagłe załamanie pogody pokrzyżowało moje plany. Przez kilka dni sypał gęsty śnieg uniemożliwiający myślenie o jakichkolwiek zasiadkach. No, ale nic nie trwa wiecznie, więc i sypać przestało, za to w okolicy mojej czatowni wszystko zostało pokryte białym puchem. Łącznie z nęciskiem, które było niezauważalne dla ptaków. Zapadając się po kolana w śniegu, dobrnąłem do budy i odgarnąłem śnieg z mięsiwa. Jeszcze nie oddaliłem się nawet o sto metrów, a już usłyszałem kwilenie kołującego myszołowa. Nie jest źle.
W życiu fotografa przyrody najtrudniejsze jest poranne wstawanie. Zwłaszcza, kiedy za oknem ciemno, a termometr wskazuje około minus dwudziestu stopni. No, ale chęć spotkania z drapieżnikiem, marzenie o ciekawych ujęciach i pięknie wygwieżdżone zimowe niebo są wystarczającą motywacją, żeby w środku nocy, w środku zimy opuścić ciepłe mieszkanie i ruszyć na spotkanie przygody. Po pół godzinie, opatulony w ciepły kożuch już siedziałem w moim ukryciu. Teraz pozostało już tylko czekać.
Bitwa o śniadanie
Było jeszcze szaro, kiedy usłyszałem kwilenie myszołowa. Ptaka jednak nie było widać. Pewnie usiadł na pobliskiej olszy. Nagle, z łopotem skrzydeł drapieżnik wylądował przed budą. Jest piękny. Odczekuję jeszcze żeby nie spłoszyć ptaka, bo z doświadczenia wiem, że po wylądowaniu jest bardzo ostrożny i najmniejszy ruch może go spłoszyć. Kiedy już zacznie żerować, nie zwraca uwagi na trzask migawki i można fotografować do woli. Wstające słońce oświetliło myszołowa różowym światłem.
Tuż po wschodzie na pobliskiej gałęzi usiadł drugi drapieżnik. Ryzykuję i robię pierwsze zdjęcia. Tak, jak się domyślałem, uspokojony ptak nie zwraca uwagi na dźwięki dochodzące z ukrycia. Nagle, tuż obok żerującego ptaka ląduje ten, który do tej pory siedział na gałęzi. Ten pierwszy reaguje atakiem. W ruch poszły dzioby, skrzydła i szpony. Wymarzona sytuacja do dynamicznych zdjęć. Po niegroźnym starciu ptak powrócił do żerowania. Ale gdzie się podział ten, który chciał się przysiąść do stołu ?
Odpowiedź nadeszła szybciej niż się spodziewałem. Coś przeleciało nad budą i zanim się zorientowałem, oba ptaki zgodnie żerowały tuż obok siebie. Ciekawe, że najpierw doszło do starcia, a teraz siedzą razem przy stole. Widać jakoś się dogadały.
Ptaki pozują przepięknie, więc fotografuję intensywnie. W międzyczasie do pary dołączył jeszcze jeden drapieżnik. Odbyło się bez starć. Kiedy te dwa, które były pierwsze, najadły się do syta, usiadły na gałęzi i rozpoczęło się czyszczenie dziobów i szponów o konar. Przez jakiś czas jeszcze tak siedziały, po czym odleciały – każdy w swoją stronę. Zniknął również ten trzeci.
Pora i na mnie. Zajęty obserwacją i fotografowaniem myszołowów ani się spostrzegłem, kiedy upłynęło kilka godzin zasiadki. Pochłonięty bliskim spotkaniem z drapieżnikami zapomniałem również o dwudziestostopniowym mrozie. Za to na długo utkwiło mi w pamięci spotkanie z myszołowami w ten zimowym poranek. Pozostało również wiele ujęć, o których marzyłem od dłuższego czasu.
tekst i zdjęcia Łukasz Łukasik
|