Turystyczna Strona Roku 2006 w konkursie WebStarFestival
RSS
Tło
Tło
Tło
Tło
Newsletter



Noclegi w Polsce
Tło
Apartamenty Kraków
Tło
Apartamenty Zakopane
Tło
Apartamenty nad Morzem
Tło
Hotele Kraków
Tło
Hotele Szczecin
Tło
Hotele Wrocław
Tło
Hotele Poznań
Tło
Hostele Kraków
Tło
Pensjonaty Mazury
Tło
Kwatery Zakopane
Tło
Hotele na Świecie
Tło
Hotele Amsterdam
Tło
Hotele Barcelona
Tło
Hotele Berlin
Tło
Hotele Bruksela
Tło
Hotele Dublin
Tło
Hotele Londyn
Tło
Hotele Madryt
Tło
Hotele Paryż
Tło
Hotele Rzym
Tło
Hotele Praga
Tło
Hotele Wiedeń
Tło
+ Więcej Hoteli
Tło
Przewodnik
Tło
Na weekend
Tło
Miasta i miasteczka
Tło
We dwoje
Tło
Z dzieckiem
Tło
Miejsca magiczne
Tło
Pałace i dwory
Tło
Mistycznie
Tło
Zamki i zamczyska
Tło
Wodne szlaki
Tło
Architektonicznie
Tło
Polska mało znana
Tło
Koniec świata
Tło
Święta, święta
Tło
Nowe szlaki
Tło
Pogranicza
Tło
Wakacje z duchami
Tło
Pomniki przyrody
Tło
Aktywnie
Tło
Góry
Tło
Imprezy
Tło
Pod żaglami
Tło
Polecane strony
Tło
Apartamenty w Polsce
Tło
Starostwo Działdowo
Tło
Hotel Dorrian Poznań
Tło
Gmina Dziwnów
Tło
Tanie bilety lotnicze
Tło
Hotel Dal ** Gdańsk
Tło
Dom Zdrojowy Diament SPA
Tło
Pałac w Leźnie
Tło
Suwalski Park Krajobrazowy. Po pas w śniegu
29.01.2010.
Buty gładko wchodzą w zapięcia biegowych nart. Okulary przeciwsłoneczne wiszą na szyjach w pogotowiu. Ostatnie poprawki przy paskach kijków. Sprawdzam jeszcze trasę na mapie i ruszamy – zostało 6 km do Góry Zamkowej.

Zaczęło się łagodnie. Lekki zjazd znaną nam już wcześniej trasą prowadzącą od Zarządu Suwalskiego Parku Krajobrazowego do skrzyżowania szlaków. Po raz pierwszy od 3 dni świeci słońce, a ćwiczona od kilku dni technika jazdy na nartach biegowych daje oczekiwane rezultaty.

Wokoło jak zwykle głucho i żadnego człowieka na horyzoncie. Mijamy słup z drogowskazami. Zerkam jeszcze przez ramię na odległość, którą mamy dziś pokonać. 6 km to niezbyt daleko, ale zważywszy na głęboki śnieg, który nawet na nartach jest trudny do przejechania i wiejący silny wiatr, może nam to zająć kilka godzin.

Na przystanku jak w domu
Ruszamy ubitą i wyboistą polną drogą, która już w poprzednich dniach sprawiała nam niemałe kłopoty. Ciężko utrzymać jeden kierunek i tempo, kiedy co rusz trafia się na koleiny a narty ześlizgują się ze zlodowaciałych wertepów.

Po chwili rozlega się ujadanie psów. Weszliśmy w zasięg obserwacyjny stróżów samotnego gospodarstwa przy drodze. Do tej pory widzieliśmy tam tylko jednego człowieka, który prowadził kilka krów po zaśnieżonym polu. Teraz są tam jedynie wściekle ujadające dwa psy na łańcuchu. Trzeci, mniejszy jest na wolności i stoi na czatach, dając znać swoim większym kolegom, kiedy należy już zacząć szczekać.

Mijamy rozszczekane podwórko i w najbliższej wsi – Szeszupce, skręcamy za żółtym szlakiem na podjazd pod dość stromą górę. Słońce wyszło już całkiem zza chmur i teraz świeci nam prosto w twarze. Wiatr nie daje za wygraną i im wyżej jesteśmy, tym śmielej stara się zepchnąć nas z trasy. Szczelniej otulamy się kurtkami i zaciągamy troczki od kapturów. Śnieg iskrzy wokół tysiącem małych błysków, a mróz coraz bardziej daje się we znaki.


Przystanek autobusowy w szczerym polu

Podjazd kończy się przy drodze asfaltowej. Tam już wieje tak, że trudno, bez pomocy kijków, utrzymać się na nogach. Na szczęście jakaś litościwa dusza ustawiła w tym miejscu murowany przystanek. Nie jest to rezydencja, ale przynajmniej daje osłonę przed wiatrem. Chwila odpoczynku. Wlewamy w siebie ciepłą herbatę z termosu, przypinamy z powrotem narty i ruszamy dalej. Według mapy za jakieś 250 m powinniśmy skręcić na szlak.

Oj, zasypało
Skręcić powinniśmy, ale nie ma gdzie. Jest, co prawda, drogowskaz, ale ustawiony tak, że raczej wskazuje jazdę na wprost a nie w lewo. Poza tym nie widać tam żadnej drogi – wszędzie gruby biały puch, który czasem rusza się z miejsca porywany silnym podmuchem wiatru. Nie ma rady, dalej poszukamy jakiejś drogi do szlaku.

Po 500 m stoi upragniona tabliczka. Podjeżdżam bliżej i z zawodem zauważam, że to co prawda drogowskaz, ale nie szlaku, tylko tarasu widokowego na ścieżce dydaktycznej „Porosty”. Nie ma rady, musimy tamtędy przedostać się na oznakowaną na żółto trasę.

Taras widokowy to drewniana wiata, do której prowadzi całkowicie zasypana śniegiem droga. Mimo nart na nogach, grzęźniemy po łydki w białym puchu. Z punktu widokowego powinniśmy mieć panoramę na głazowisko „Rutka”. I rzeczywiście – gdzieniegdzie spod śniegu wystają potężne kamienie, które wyglądają, jakby je ktoś rozsypał po małej dolince.


Jednolicie biała ściana śniegu

Gdzieś pod nami, w poprzek zbocza powinien biec poszukiwany przez nas szlak. Wychylam się za barierkę i spoglądam w dół. Nic, tylko jednolicie biała ściana śniegu. Oznakowań ani widu ani słychu. Zrezygnowani schodzimy z platformy. Na szczęście ktoś sprytnie umieścił znak na kamiennej podmurówce tarasu. Jest w końcu upragniony żółty pasek na białym tle – nasz szlak.

Niczym Marek Kamiński
Odnalezienie szlaku było początkiem najtrudniejszego odcinka trasy. Po łagodnym zjeździe w dolinkę znaleźliśmy kolejny drogowskaz – w prawo.

I znów zamiast ścieżki biała ściana puchu. Droga, która zapewne się pod nim znajdowała, biegła w poprzek dość stromego zbocza. Silny wiatr nawiał zwały śniegu w to miejsce w taki sposób, że nie można było rozeznać, gdzie droga a gdzie już zbocze. Po prostu jednolite białe pole. Popatrzyłem na Marzenę.
 - Skoro jesteśmy już tak daleko i mamy takie piękne słońce, to aż żal tego nie wykorzystać. Prawda?
 - Aha – odpowiedziała i szczelniej zapięła kaptur.

Poprawiłem paski przy kijkach i ruszyłem pierwszy. Od razu zapadłem się po kolana. Kijki prawie całe znalazły się pod śniegiem, a nart to już nie było w ogóle widać. Na domiar złego trasa prowadziła pod górkę, a w tak gęstym śniegu nie można było podchodzić tzw. jodełką.

Buty pewnie już mam całe mokre – pomyślałem i spojrzałem do tyłu. Marzena dzielnie szła tuż za mną. Górka, która chroniła nas od bocznego wiatru, nagle się skończyła i podmuch uderzył w nas z całą siłą. Mroził twarze i przygniatał do ziemi. Musieliśmy uważać, żeby nie upaść. Utrata równowagi oznaczała zapadnięcie się w śnieg co najmniej do pasa. Nie wiem, jak wtedy byśmy założyli z powrotem narty albo wstali.
 - Uważaj, by się nie przewrócić – krzyknąłem do tyłu. Marzena nie mogła mnie jednak usłyszeć przez wycie wiatru i zapięty kaptur.

 

Sprawa wydawała się beznadziejna. Staliśmy tu już z 10 min, a przy każdym kroku do przodu narty zsuwały się do tyłu o kilkanaście centymetrów. Nie było też widać żadnych oznakowań szlaku.

„Na czuja”
W końcu udało nam się jednak wydostać z tej niespodziewanej pułapki. Kosztowało to sporo wysiłku i samozaparcia, ale cel został osiągnięty. Stoimy teraz na szczycie, jakże niewielkiej górki, pod którą tak trudno było podejść. Obok na drzewie ledwo widoczny znak żółtego szlaku. Co teraz?

Przed nami mała kotlinka cala zasypana śniegiem. Wiatr raz po raz przewala się po okolicznych pagórkach, niosąc ze sobą śnieżny pył. Nie ma co czekać i podziwiać widoki, trzeba ruszać, bo nas stąd w końcu zwieje. Według mapy za tą górką przed nami powinno być wejście do lasu.


Efektowny zjazd


Ruszam „na czuja” przed siebie, torując drogę Marzenie. Na szczęście śnieg w kotlince okazał się nie tak głęboki. Na jej środku stoi spory głaz otulony śniegiem, a na nim upragniony znak żółtego szlaku. Od lasu dzieli nas już tylko jeden podjazd.

Cicho sza
Nareszcie cicho. Wiatr został gdzieś za nami. Zdejmujemy kaptury i spoglądamy przed siebie. Ślicznie ośnieżona ścieżka, nad którą otulone białym puchem drzewa pochyliły swe gałęzie. Jedziemy.

Ktoś już przed nami tu był i zostawił wyraźny ślad nart, którym teraz z łatwością się przemieszczamy. W lesie panuje cisza. Ptaki nie śpiewają, wiatr nie wieje. O jego obecności może świadczyć tylko niewielki ruch w koronach drzew. Zupełnie inny świat, od tego, z którego tutaj przyjechaliśmy. Tam był prawie biegun północny, tutaj syberyjska puszcza. Niestety trasa przez las liczy sobie tylko kilometr, po którym znowu wyjedziemy na odsłonięty teren, na pastwę złośliwego wiatru.

Jak na olimpiadzie
Koniec lasu. Zapinamy szczelniej kurtki, nakładamy kaptury i wyjeżdżamy z tego cichego zakątka. I tu niespodzianka – wcale tak mocno nie wieje. Widocznie wiatrowy biegun zimna był po tamtej stornie „puszczy”.

Przed nami już tylko 2 km po odśnieżonej acz mocno oblodzonej drodze. Tutaj można spokojnie poćwiczyć zjazdy i poczuć się jak rasowy olimpijski biegacz. Teren lekko pofalowany, a wokół jedynie białe pola. Żadnego człowieka – tak, jak na całej długości trasy. Tego dnia nie spotkaliśmy nikogo.


Na szlaku

Mijamy po drodze dawną wieś Targowisko – teraz to tylko jedno gospodarstwo. Po chwili skręcamy na zaśnieżoną polną ścieżkę. Zjazd nią kończę przepięknym telemarkiem prosto w śnieg. Dalej trasa prowadzi brzegiem zamarzniętego jeziora Kluczysko oraz kładką nad kanałem łączącym jezioro Kluczysko z zatoką Jodel na jeziorze Szurpiły. Widać już Górę Zamkową.

Narty chowamy w pobliskich krzakach i już na piechotę wspinamy się na miejsce dawnego grodu Jaćwingów.

Ślady dawnej świetności
Niegdyś na szczycie zamkowej góry znajdował się potężny gród jaćwieski, którego załoga mogła trzymać w szachu całą okolicę. Z prac wykopaliskowych wynika, że stały tutaj drewniano-kamienne fortyfikacje złożone z podwójnej palisady i systemu strażnic rozmieszczonych na pobliskich wyspach.

Kres temu wspaniałemu grodowi położyli zapewne Krzyżacy, którzy w 1283 r. ostatecznie podbili Jaćwingów. Po tych wydarzeniach ziemie te opustoszały. Ocalała z pogromu ludność zbiegła w okoliczne lasy oraz na Litwę, częściowo została także przesiedlona przez Krzyżaków na Półwysep Sambijski i w okolicę Pasłęka, gdzie doszczętnie zatraciła swoją tożsamość.


Zamarznięte jezioro Szurpiły

Ze szczytu góry rozciąga się piękny widok na zamarznięte teraz pobliskie jeziora. Na wschód od Góry Zamkowej znajdują się jeszcze dwa inne wzniesienia: Góra Kościelna i Cmentarna. Na pierwszej z nich znaleziono pozostałości po jaćwieskich miejscach kultu, a na drugiej ślady jaćwieskiego cmentarzyska.

O pięknej Jegli i bogu Żaltisie
Wracamy po zamarzniętym jeziorze. Mam nadzieję, że nie stanie się z nami to, co zdarzyło się bohaterce jednej ze starych legend, związanych z pobliskim jeziorem Szurpiły.

Otóż żył tu bartnik, który miał piękną córkę Jeglę. Pewnego razu, podczas kąpieli ujrzał ją litewski bóg jezior Żaltis, mieszkający na dnie Szurpił. Zachwycony jej urodą przemienił się w węża i dotąd prosił przerażoną dziewczynę, by została jego żoną, aż ta zgodziła się. Następnego dnia bóg przemieniony w pięknego młodzieńca przyjechał do bartnika karetą, by poprosić o rękę Jegli.

Po oświadczynach zawiózł wybrankę nad brzeg jeziora, które pochłonęło ich karocę. Jegla znalazła się w kryształowym pałacu męża, którego po pewnym czasie szczerze i gorąco pokochała oraz obdarzyła trojgiem potomstwa. Mijały lata, dorastały dzieci. Nic nie mąciło szczęścia Jegli oprócz tęsknoty za rodzinnym domem. Nie mogąc znieść rozłąki, ubłagała Żaltisa, żeby zgodził się na odwiedziny.

Nocą kareta wyłoniła się z wód jeziora i wnet stanęła u wrót zagrody ojca. Mijały dni. Bracia Jegli dowiedzieli się podstępem od jej małej córeczki, jakie hasło trzeba wypowiedzieć, aby wywołać Żaltisa na powierzchnię jeziora. Kiedy nadszedł dzień wyjazdu Jegli, bracia wziąwszy siekiery, poszli nad brzeg Szurpił i wywołali Żaltisa. Gdy wypłynął, z zimną krwią zamordowali go. Najwyższy litewski bóg, Perkunas, przemienił za to okrutników w głazy, mające po wsze czasy tkwić nad jeziorem.

Jegla stanęła nad brzegiem jeziora i zaczęła wzywać męża. Zamiast niego wypłynęła na powierzchnię wody jego krew. Domyśliła się zbrodni. Tak długo rozpaczała, aż zlitowali się nad nią bogowie i przemienili ją w jeglę, czyli świerk, synów w dąb i jesion, a drżącą córeczkę – w osikę. Drzewa te rosną nad jeziorem do dziś, a ich szum przypomina o dawnej tragedii.

Oj, znowu zasypało
Wracamy tą samą drogą – po własnych śladach będzie łatwiej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że śladów naszych nart już nie ma. Zasypał je śnieg i to prawie tak dokładnie, że nie byliśmy miejscami w stanie rozpoznać, którędy wcześniej jechaliśmy.

Pod naporem wiatru przejechaliśmy nasz biegun północny, łamiąc po drodze pokryte lodem kępki traw wystających gdzieniegdzie spod śniegu, minęliśmy przyjazny przystanek i pędząc stromym zjazdem, dojechaliśmy wkrótce do naszej kwatery – siedziby Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

tekst i zdjęcia: Piotr Wiśnioch

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Zobacz także
dalej Suwalszczyzna
dalej góry
dalej jeziora
dalej legendy
dalej narty
dalej punkty widokowe
Zamów mapę

20% zniżki na hasło: TravelPolska!
Zobacz galerie
Suwalszczyzna
Suwalszczyzna

+ dodaj komentarz