|
Każdy fotograf dzikiej natury ma w zanadrzu różne opowieści o tym, jak powstawały jego zdjęcia. Laikowi mogłoby się wydawać, że do dobrej fotografii wystarczy odpowiedni sprzęt, przysłowiowy łut szczęścia, no i częsta włóczęga po lesie, polach i bagnach.
Tymczasem to wcale nie jest kwestia przypadku. Oczywiście, że często zdarza się coś niezaplanowanego, trzeba być zawsze gotowym, bo dzika natura lubi zaskakiwać, ale naprawdę rzadko udaje się takie wymarzone ujęcie zrobić po prostu „z marszu”.
„Upolować” takie a nie inne zwierzę, w dodatku w określonej sytuacji to często nie lada wyzwanie. Trzeba je najpierw długo tropić, uważać, aby nie spłoszyć, a potem czatować, czaić się, marznąc przy tym godzinami w budce albo nawet i na drzewie. Choć to nigdy nie gwarantuje oczekiwanego rezultatu na zdjęciu.
Jeśli nawet wytęskniony obiekt wyjdzie „na strzał”, to akurat albo światło nie takie albo wejdzie za krzaki, albo pogoda się załamie… Chyba każdy może przytoczyć takie przeróżne zdarzenia, zbiegi okoliczności, kiedy to „o mały włos a…”.
Często robiłem zdjęcia żubrów. Widywałem je zimą przy „kamuszkach”, ale też o każdej innej porze roku. Ale zależało mi na jakimś wyjątkowym obrazie, w którym „zagrałyby” nie tylko same żubry, ale też pojawiło się coś specjalnego, jakaś atmosfera, klimat charakterystyczny tylko dla Puszczy.
Tego nieokreślonego elementu wciąż mi brakowało w zdjęciach pojedynczych byków, krów z cielętami, małych i nawet większych stad, które udawało mi się uchwycić. Żubry nieraz chętnie i długo „pozowały”, ale zdjęcia, choć dobre technicznie pozostawiały jakiś niedosyt…
Aż wreszcie uparłem się, że właśnie teraz, tej zimy zrobię TO ujęcie. Ale miesiące mijały a tu nic… Pewnego razu, już tak bez przekonania, wybrałem się „na żubry”. Długo chodziłem po lesie. Widziałem świeże ślady, ale sam „król puszczy” nie był łaskaw ukazać mi się tam, gdzie go oczekiwałem.
Wiedziałem, że w tej okolicy trzyma się małe stado. Widziałem je nie raz, ale teraz jakby mnie unikało. Zaczął już zapadać zmierzch i sypać gęsty, ale mokry, szybko topniejący śnieg. Już mi się wydawało, że to koniec na dzisiaj. Zacząłem wracać do domu. Zatrzymałem się na chwilę na drodze, aby odpocząć i zapakować sprzęt. I wtedy po dłuższej chwili stado powoli weszło na drogę i zatrzymało się, skupione w jednym miejscu, kilkadziesiąt metrów ode mnie…
Stałem i patrzyłem na nie. Żubry też stały i spokojnie patrzyły na mnie. Tak upływał czas, a śnieg padał i padał…I wtedy mnie olśniło – to jest właśnie TEN MOMENT!
Powoli ustawiłem aparat. Czekałem, drżąc z zimna i z emocji, z palcem na spuście migawki, a śnieg pokrywał kosmate sylwetki białą warstwą…Byłem mokry, tak samo zamókł niemiłosiernie mój aparat, bo pokryła go kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Na obiektyw położyłem czapkę, no i marzłem w głowę. Ale stałem nieruchomo, aby nie spłoszyć żubrów.
Zwłaszcza jeden (ten pierwszy z prawej, najbardziej obsypany śniegiem) patrzył na mnie z uwagą, reszta spokojnie rozglądała się wokoło.
Odczekałem jeszcze (choć już robiło się za ciemno) i w chwili, kiedy wszystkie patrzyły na mnie, zrobiłem kilka klatek. Dopiero wtedy żubry, zupełnie jakby wiedziały, że sesja się skończyła, powoli zeszły z drogi i zniknęły pomiędzy pniami drzew.
Opowiadał i fotografował: Jarosław Chyra
Wysłuchał i spisał: Arkadiusz Szaraniec
|