|
Nad niewielką miejscowością wznosi się posępna baszta – to zamek Mirów, chyba najbardziej romantyczna z zachowanych jurajskich warowni. O tej porze roku jednak nie jest zbyt przyjazna – wita intruzów błotem i resztkami śniegu.
Ruiny na skale
Pozostałości murów mirowskiego „orlego gniazda” mimo upływu wieków przyciągają wzrok jak magnes. Wysoka baszta, niedostępne skały, nadkruszone kamienie – to wszystko odpowiada wizerunkowi średniowiecznej fortecy, jaką zwykliśmy przechowywać w pamięci. Wyobraźnia na pewno podpowie nam, że pod tą zwartą budowlą stojącą na skale na pewno znajdują się posępne lochy, w których wrogowie możnego rycerza ginęli niegdyś w męczarniach. Wczesnowiosenna aura dodaje jeszcze wrażenia smutku i jakiejś groźby czającej się wśród tych murów.
By dostać się do warowni, wystarczy pokonać niewielkie wzniesienie. Wewnątrz zamek jednak nie daje za wygraną – jest w nim fosa z błota i lodu, którą bardzo trudno przebyć bez upadku czy poślizgnięcia. Warownia uparcie strzeże swoich tajemnic. Pomaga jej w tym dość skutecznie wspólnota gruntowa, która w 2005 roku zainstalowała kratę, tym samym uniemożliwiając wejście do części zamku.
Kiedy penetrowaliśmy ruiny, śledził nas kot. Podobnego spotkaliśmy już podczas naszej nocnej wyprawy po zamku w Olsztynie. Może to zapomniany strażnik mirowskich skarbów, a może wcielenie uwięzionej tutaj księżniczki?
Zazdrość – pierwszy krok do śmierci
Legenda głosi, że niegdyś w Mirowie i w sąsiednim zamku – w Bobolicach mieszkało dwóch braci tak podobnych do siebie, że poddani pana bobolickiego nie odróżniali go od pana na zamku mirowskim. Bracia posiadali ogromne skarby, które gromadzili w podziemnym przejściu łączącym oba zamki. Dniem i nocą skarbów strzegła czarownica o czerwonych ślepiach, a także zły duch, wcielony w złośliwego psa. Pewnego razu jeden z braci, po kilku latach wojaczki, przywiózł cudnej urody brankę – księżniczkę, w której zakochał się również drugi brat. Zazdrosny właściciel branki wtrącił ją do lochu pod nadzór czarownicy.
Drugi brat ulitował się nad niedolą ślicznej kobiety i o północy, kiedy czarownica odlatywała na miotle na Łysą Górę, wchodził do lochu by ją pocieszać. Zazdrosny brat, usłyszawszy w podziemiach warczenie psa, wbiegł tam z dobytym mieczem. Ujrzał swoją kochankę w objęciach brata i jednym uderzeniem zadał mu śmierć. Niedługo potem, gdy trunkiem pragnął zgłuszyć wyrzuty sumienia, podczas szalejącej burzy został nagle rażony piorunem. Księżniczka do dziś ma przebywać w podziemiach, a strzeże jej wciąż ta sama czarownica, która kręci się koło zamków, odstraszając od nich każdego przechodnia.
Zapomniana rezydencja
Prawdopodobnie niegdyś w miejscu mirowskiej warowni stała umocniona strażnica, która współpracowała z niedalekim zamkiem w Bobolicach. Jej rozbudową, między 1391 a 1396 r., mógł zająć się Władysław Jagiełło. Później warownia przechodziła z rąk do rąk, aż stała się własnością rodu Myszkowskich którzy zdecydowali się na jej znaczną rozbudowę. Jednak z upływem lat warownia przestała spełniać standardy rezydencji mieszkalnej i została wydzierżawiona.
Jak większość zamków w okolicy, Mirów nie wytrzymał nawały szwedzkiej. Po zniszczeniach dokonanych przez Skandynawów został częściowo odbudowany, lecz około 1787 roku całkowicie opuszczony. W XIX w. część murów rozebrano i wykorzystano do budowy pobliskiej drogi. W latach 60. XX w. przeprowadzono częściowe badania połączone z prowizorycznym zabezpieczeniem konserwatorskim ruin.
tekst i zdjęcia: Piotr Wiśnioch
|