Orla Perć jest szlakiem ekstremalnym pod każdym względem. Z jednej strony kuszą fantastyczne widoki, z drugiej nikt nie kryje, że jest to szlak dla obytych z górami turystów, którzy na niejedną górę weszli i z niejednego łańcucha czy klamry korzystali.
Nie kuszę Was przejściem całej Orlej, która ciągnie się od Krzyżnego do Przełęczy Liliowe – to już wyzwanie dla prawdziwie zapalonych, odważnych i sprawnych piechurów.
Ale odcinek Granaty – Kozi Wierch…czemu nie? Jak tam jest? Wirtualnie pokonajcie ten szlak ze mną.

Orla Perć
Do faktycznego przejścia odcinka Granaty – Zawrat przygotowywałam się przez kilka miesięcy. Przeglądałam strony internetowe, czytałam fora, żyłam wyprawą na co dzień. Klika miesięcy temu spakowałam plecak i wyjechałam do Zakopanego.

Idzie się po takie właśnie widoki jak ten z Granatów
Pierwsze dni to jak zwykle aklimatyzacja, przyzwyczajanie nóg do zwiększonego wysiłku, płuc do innego powietrza. Aż wreszcie nadchodzi ten dzień: organizm już przyzwyczajony do odmiennego klimatu, ale jeszcze nie zmęczony, pogoda odpowiednia, więc wyruszamy.
Niecałe dwie godziny zajmuje nam dojście do schroniska Murowaniec, kolejne 20 min. do Stawu Gąsienicowego. Staw kusi aby przy nim posiedzieć, ale kto nie maszeruje, ten ginie. I to jest pierwsze ekstremum: dojście do tego miejsca w dwie godziny to naprawdę ostry marsz.

Pośredni Granat
Odtąd zaczynamy regularną wspinaczkę, krok po kroku, kamień po kamieniu, pięćdziesiąt pięć minut marszu, pięć minut odpoczynku. Szlak wije się pośród głazów. Trzeba być uważnym, by nie zgubić oznaczeń… i to jest ekstremum drugie.
Nie martwcie się jeśli w pewnym momencie zdacie sobie sprawę, że zbyt długo nie widzieliście czerwonej czy żółtej farby na kamieniu. Chociaż żal dziesięciu czy piętnastu minut, bezwzględnie należy zawrócić.
Skrajny Granat, ponad 2200 metrów, i pierwsza nagroda. Przy dobrej pogodzie widoki boskie. Ale nie mamy czasu. Chwila na uzupełnienie płynów, założenie ciepłej odzieży i w drogę.
W tym miejscu wycofują się pierwsi zdobywcy, ale wracają na tarczy – Skrajny Granat to naprawdę coś. Patrząc w dół wydaje się, że szlak ma pięć metrów szerokości. Ale to tylko złudzenie.

Kozi Wierch
Schodzimy w dół, gubiąc opłaconą potem wysokość i wspinamy się na Pośredni Granat, który kryje niespodziewaną atrakcję: „krok nad przepaścią” – szczelina pomiędzy skałami. Niby nic, ale trzeba ruszyć głową, by wynaleźć sposób na odpowiednie ustawienie ciała i nóg. Czasami zajmuje to kilka długich minut.
Sprawdziłam – nikt w tym miejscu nie zginął. Zginęli kawałek dalej. Kolejna góra zdobyta – Zadni Granat. Różnica wysokości pomiędzy pierwszym a ostatnim Granatem, to piętnaście metrów. Szlak zyskuje na atrakcyjności.
Raz trzeba ześlizgnąć się ze skały jakieś pięć metrów w dół (kto ma szczęście, trafi na mały wyłom skalny, na którym można oprzeć stopę, kto zaś szczęścia nie ma, spada w przepaść), raz przydają się długie nogi, innym razem silne ręce, albo twarda d…
Kto jeszcze nie zrezygnował, ma czas nacieszyć się widokami. Szlak zaczyna się wić łagodnie, i gdy wydaje się, że najtrudniejsze za nami, zaskakuje. I to jak!
Ni stąd ni zowąd dochodzimy do końca skały. Droga prowadzi w dół jakieś trzydzieści metrów po niemal płaskiej skale. Oczywiście są łańcuchy, pojawia się jednak mały problem. Wciągaliście się kiedyś w szkole na linie podczas lekcji wf? Tutaj należy obrać odwrotny kierunek. Na asekurację nóg nie ma co liczyć, a zejść można tylko tyłem.

Krok nad przepaścią
Mój przyjaciel, kiedy dotarł do połowy drogi, postanowił jednak złamać tę regułę i zejść przodem, „na pająka”. Kątem oka widziałam tylko, jak jego nogi coraz szybciej ześlizgują się po skale. Nie wiem jakim cudem chwycił łańcuch i wyszukał oparcie do stóp, ale nasze krzyki słychać było chyba na Krupówkach.
Po uspokojeniu drżenia nóg, niektórzy z was schodzą do Stawu Gąsienicowego, dziękując za silne emocje. Reszta wyrusza na Kozi Wierch. Jest to chyba najprzyjemniejszy odcinek, właściwie bez większych podejść. Po lewej stronie cudny widok na Ceperski Raj.
Ale cóż się okazuje! Do zmroku zostały cztery godziny. Po piętnastu minutach wspinania dochodzimy do Koziego Wierchu, zdziwieni tak słabym stopniem trudności, później chwila dla reporterów i znowu zejście ostrym tempem w kierunku schroniska i Siklawy.
Początkowo wielki zapał do zwiedzania górskich szlaków, teraz można mierzyć zaledwie w promilach. Po zmroku dochodzimy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a później, po kolejnych trzydziestu minutach, asfaltem do Polany Palenicy.
Wsiadając do busa dziękujemy Bogu, że już dalej iść nie trzeba.Reasumując: Jeśli masz wolne dwanaście godzin, silne ręce i nogi, dużo zdrowego rozsądku i umysł stratega, a do tego wystarczy ci kilka łyków wody na godzinę – przejdziesz ten odcinek Orlej Perci i będziesz z siebie naprawdę dumny. Tak jak ja jestem z dumna.
tekst i zdjęcia: Aneta Kosmala






