Ach, co to był za dzień! Poszedłem ze swoja ulubienicą – rehabilitowaną pustułką imieniem Truda – na pobliskie łąki, na których codziennie trenujemy latanie.
Nic nie zapowiadało dramatu, jakiego za chwilę miałem być niemym świadkiem i uczestnikiem.
Mamy z żoną szczęście mieszkać w uroczym miejscu – na skraju Doliny Dolnego Bugu, obszaru specjalnej ochrony ptaków wg sieci Natura 2000.
Tym, co czyni Bug unikalnym, są ogromne, coroczne rozlewiska w jego dolnym biegu, a nade wszystko bogactwo awifauny: stwierdzono tutaj 240 gatunków ptaków, z czego 160 lęgowych.
Dolina jest oddalona od Warszawy zaledwie 40 km, ale my czujemy się tutaj jak w raju. Dni upływają nam na pracy w założonym przez nas ośrodku rahabilitacyjnym dla ptaków, które wymagają opieki człowieka. Jeden z tych dni na długo pozostanie w mej pamięci.
Trening latania
Poszedłem ze swoja ulubienicą – rehabilitowaną pustułką imieniem Truda – na pobliskie łąki, na których codziennie trenujemy latanie. Było późne już, ciepłe i ciche, senne wręcz popołudnie.
Z sokolikiem na ręku schodziłem z piaszczystej górki i opuszczając sosnową drągowinę wkroczyłem w wysokie trawy, rosnące na skraju lasu i pastwiska.
Wychodząc z lasu, jak zawsze rozejrzałem się wokoło, czy aby w zasięgu wzroku nie ma jakiś ludzi, jako że nie lubię wzbudzać sensacji, pokazując dzikiego ptaka, który lata daleko a jednak wraca na zawołanie, ani odpowiadać na bzdurne pytania, czy ten ptak jest na pewno prawdziwy (a niby jaki – nakręcany?).
Uspokojony tym, że nikogo nie było widać, obrzuciłem jeszcze wzrokiem kilka krów pasących się na środku łąki i puściłem sokolika w powietrze.
Samiczka pustułki poleciała dziś znakomicie – krążąc po wielkiej spirali, wzbijała się coraz wyżej, zataczając nade mną kręgi o średnicy bez mała 100 m. Radowałem się niezmiernie, widząc jak wielkie postępy poczyniła w ostatnich tygodniach.

Latała już bardzo wysoko, lekko i sprawnie, jak rasowy sokół. To lotem aktywnym, to szybując po łuku, z łatwością odnajdywała prądy wznoszące. Po kilkunastu okrążeniach zawołałem ją, nie chcąc by nazbyt się oddaliła, skoro ostatnio popędził ją błotniak łąkowy, aż hen po horyzont.
Reakcja na mój gwizd była natychmiastowa – od razu zaczęła zacieśniać spiralę wokół mnie, obniżając jednocześnie pułap, a w ostatniej fazie lotu, sunąc ze złożonymi skrzydłami jak pocisk, wylądowała na wzniesionej w górę ręce. Nagrodziłem ją kawałeczkiem mięsa i po chwili odpoczynku dla złapania oddechu, znów podrzuciłem w powietrze.
Spotkanie z jastrzębiem
Gdy wodziłem za nią wzrokiem po niebie, kątem oka zauważyłem innego drapieżnika przelatującego chyłkiem wśród drzew. Niestety, pustułka też go zauważyła i poleciała w tamtym kierunku.
W drapieżniku rozpoznałem jastrzębia, toteż pełen obaw zagwizdałem pospiesznie na Trudę. Ta jednak wiedziona młodzieńczą ciekawością, nadal zdążała w kierunku lasu. Gdy zrównywała się z linią wytyczoną wierzchołkami drzew, wystrzelił z nich jakiś kształt.
Zamarłem, widząc z jakim impetem jastrząb zbliża się do pustułki, która na ten widok zawróciła, ale nie dość szybko. Stałem jak wryty i zagryzając wargi, mogłem się tylko bezradnie przyglądać, podczas gdy mała pustułka walczyła o życie.
Początkowo sokół nader zręcznie się wywinął, w ostatniej chwili wyskakując nagle w górę, przez co jastrząb chybił wytracając impet, ale nie dał za wygraną i kontynuował żywiołowy pościg.
Moja ptaszyna, kilkakrotnie mniejsza od swego prześladowcy, wymykała mu się robiąc raz po raz gwałtowne uniki i głośno kwiliła z przerażenia, gdy ten ponawiał ataki. Nie mogłem nic zrobić, ale w duchu liczyłem na to, że skoro jastrząb nigdy nie ściga długo zdobyczy, to powinien zaraz odpuścić.
Tymczasem napastnik z każdym uderzeniem był bliżej celu. Zacząłem krzyczeć, chcąc zniechęcić jastrzębia, ale przy kolejnym, piątym już chyba podejściu, dopadł ją w swoje szpony. Chwilę potem, bury kształt z małą pustułką w łapskach znikł mi w trawach na skraju łąki.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że to już koniec. Mimo to, pognałem w ich kierunku, krzycząc jak wariat, wymachując torbą i rękoma. Widząc mnie, rabuś poderwał się i poniósł zdobycz, ale po chwili wylądował kilkadziesiąt metrów dalej.
Biegłem za nim ile tchu w płucach, wciąż krzycząc, a pot zalewał mi oczy. Kiedy dzieliło nas już tylko kilkanaście metrów, jastrząb porzucił swą ofiarę i dał chodu w las.
Nim odleciał, zdążyłem dostrzec w nim pięknie wybarwionego, rosłego samca z rozłożonym wachlarzowato ogonem, całego w brązach. A więc to tegoroczny młodzik, przemknęło mi przez głowę, gdy dobiegałem do pustułki, która leżała na ziemi tam, gdzie zostawił ją napastnik.

Pustułka o dziwo żyła! Podpierała się jednym skrzydłem i ze skotłowanymi na piersi piórkami, zatoczyła na nogach, ciężko dysząc.
Spodziewając się najgorszego, drżącymi rękoma uniosłem swą ulubienicę i po gorączkowych oględzinach z niewysłowioną ulgą stwierdziłem, że nie widać ran na korpusie, skrzydła także są całe i wydaje się, że wyszła ze śmiertelnej opresji bez szwanku. Musiałem przykucnąć, bo serce łomotało mi w piersiach a nogi miałem jak z waty.
Siedzieliśmy tam jeszcze dobrych 30 minut, oboje dochodząc do siebie. Bacznie obserwowałem pustułkę, która choć bezpieczna już na ręku, wciąż rozglądała się z przestrachem wokoło.
W końcu z wolna zaczęła się uspokajać. Nie chciała jednak zjeść podarowanego jej obfitego kęsa, złapała go tylko w dziób i co rusz trwożliwie spoglądała za siebie.
Pomyślałem, że gdyby atakującym był starszy, bardziej zaprawiony w łowach osobnik, lub większa od samców samica – los tego sokolika byłby przesądzony, ale mieliśmy dzisiaj wielkie szczęście. Pokrzepiony tą myślą, ruszyłem do domu.
Gdy odchodziliśmy, na łące było tak samo cicho i sennie, jak przedtem, a zachodzące słońce kładło na trawach długie, ciepłe czerwienie. Nic nie wskazywało na to, że przed chwilą odbył się tu prawdziwy dramat, który wszakże jest Naturą samą w sobie…
tekst: Waldemar Krasowski, www.aviangarda.eko.org.pl
zdjęcia: Jan Bober






